Photography

Każdy słyszał opowieść o dwóch takich, co ukradli Księżyc. Potem jeden z nich został prezydentem i nie żyje, a drugi żyje, tyle że z kotem. Ale nie o tym. Księżyc przywłaszczyli sobie przy pomocy sieci. Słowem: minimum środków, maksimum zysku. Prostota, a raczej prostackość narzędzi naprzeciw temu, co nie udało się ani Wielkiemu Bratu, ani Wujowi Samowi. A Jackowi i Plackowi – owszem. Księżyc wpadł w ich ręce bez sprzedawania działek, wbijania flag i wiekopomnych haseł wypowiadanych przez trzeszczący głośnik.

Wielu z nas, fotografów, przypomina mi trzylatków zbrojących się w kije bejsbolowe i komplet wulgaryzmów do ustawki w lesie, a niepotrafiących nawet dobrze chodzić i mówić, o sztuce walki wręcz czy o rozumie nawet nie wspominając. To tak samo, gdyby Mołdawia jutro ogłosiła, że zaczyna inwestować w maszyny do podróży w czasie, mając zaplecze w postaci hangaru zbudowanego ze złota i diamentów oraz trzech części „Powrotu do przyszłości”.

Rozumiem, że w anglojęzycznej kulturze świata słowo “photography” może otworzyć miejsca, czas, ludzi i możliwości. Ale czy kiedy zadzwoni do ciebie studio z Hollywoodu odpowiesz w ich języku więcej niż: “Jes, jes, yyy… liw de mesedż”? Bo to właśnie usłyszałem kiedy wykręciłem numer pana od “photography”.

Po czym poznać wytrawnego fotografa i fotopozera? Po znajomości angielskiego? Nie. Po ilości sprzętu tachanego w plecaku? Też nie. Obaj mogą mieć go sporo i ledwo chodzić. Może po ubiorze? Nie, wszyscy noszą szaliki i czapki, szczególnie latem. Więc też pudło. Po rodzaju aparatów i obiektywów? Zmyła. Obaj noszą i cyfry, i analogi błyszczące niczym biżuteria na opalonych i okraszonych reklamowymi kropelkami wody przednich wypustkach Anji Rubik. Szukałem też dzielnika w używanej frazeologii zwyczajowej typowej dla poszczególnych subkultur. Ale oba typy, zarówno lwa, jak i przyczajonego kociaka mają na końcu imienia i nazwiska wytrawne, staropolskie: „photography”. I tak obok „Jack Roosom photography” mamy swojsko brzmiące: „Żaklina Szczęścibródzka Photography” albo „Świętomir Łóżanowski Photography”. Let’s fly to the księżyc! Nazwa jest, sprzęt wart tyle, co moje mieszkanie, też tylko jakoś czegoś brak.

Właśnie. Złotego Graala, poszukiwanego dzielnika: zdolności do zadziwiania ludzi. Żeby było jasne: nie czepiam się. Bądź sobie i „photography”, i „imaginary”, nawet „masta niga na dzielni”, miej napis „Leica” na każdym złotym aparacie i czerwone obwódki na obiektywach jaśniejszych niż światło w epicentrum wybuchu nuklearnego. Ale zacznij od swoich sposobności do stawania się lepszym szybciej niż to napiszesz i wypowiesz. Miej odwagę stanąć i powiedzieć, że żaden ani zawodowiec, ani artysta z ciebie jeszcze, że dużo łez, potu i krwi cię czeka zanim trzysta ust naraz wypowie twoje imię i nazwisko, trzydzieści dłoni wypisze czek na pół miliona złotych a sto tysięcy zapłacze nad pięknem albo tragedią, jakie udało ci się uchwycić w jednej sekundzie trwania Wszechświata.

Pozostań skromnym, ale pewnym. Bo artystą się bywa i to wtedy, gdy tak cię nazwą a nie gdy sądzisz, że tak jest, kiedy nawet ty sam boisz się to głośno powiedzieć.

Olsztyn, 22 maja 2016

Autor: | Opublikowano:

Napisz komentarz

Autor: | Opublikowano: