10.12.2022

bZ4X to nie samochód. To maszyna do teleportacji.

social media fanpage prowadzenie fotografia grafika paweł staszak plan f olsztyn content design poznań społecznościowe agencja reklamowa 360 toyota lexus public relations wielkopolskie

Szefowie Toyoty długo bronili się przed wejściem na całość w segment samochodów elektrycznych. I wciąż to robią. Rękami, nogami i strunami głosowymi dają jasno do zrozumienia, że silniki na prąd pochodzący z baterii nie są żadną przyszłością motoryzacji. Że ta jest gdzie indziej – w wodorze. I konsekwentnie robią swoje, rozwijając technologię taniego pozyskiwania, przekształcania go w energię i zasilania nią silników elektrycznych. Jednocześnie nie zamykają się w samotni na szczycie Japońskich Alp, wsadzając sobie do uszu watę i utrzymując kontakt z ludźmi przy pomocy zapisanych zwojów pergaminu. Nie. Szefowie Toyoty najwyraźniej słuchają potrzeb klientów. A klienci chcą na tę chwilę i spalinówek, i hybryd, i plug-inów, i elektryków. Więc je od Toyoty dostają. Do wyboru – do koloru. I za to ich lubią, czego dowodzą statystyki, chociażby w Polsce, gdzie w tym roku sprzedaż wszystkich modeli firmy przewyższyła drugą na liście Skodę o 100%. Czy różnorodność oferty jest przepisem na sukces? Najwyraźniej. Wszystko wskazuje na to, że będzie jeszcze lepiej, bo bZ4X, pierwszy elektryk Toyoty dopiero wjechał do oferty. No właśnie, co to właściwie za samochód, którego nazwę nawet trudno pisze się na klawiaturze?

Pierwsze wrażenia. Nadwozie i stylistyka.

Odbieram ją z parkingu Mir-Witu późnym popołudniem. Jest zatankowana, a raczej naładowana na 80 procent, umyta i odkurzona. Robię kilka ujęć i obchodzę ją dookoła.

Na pozór, to po prostu spory crossover, plasujący się rozmiarami pomiędzy RAV4 a Highlander. Widać to na pierwszy rzut oka. Spoglądam do katalogu i upewniam się. Tak, bZ4X jest dłuższa od RAV4 o 9 centymetrów od RAV4, ale o 3,5 centymetra od niej niższa. Wszystko za sprawą nisko umieszczonych akumulatorów, które ograniczają jednocześnie również pojemność bagażnika. W RAV4 dostaniesz 68 litrów przestrzeni więcej. Za to kabina pasażerska elektrycznej Toyoty jest rozmiarów luksusowego hotelowego holu, o czym później.

W białym, a raczej w perłowym, mieniącym się kolorowymi drobinami kolorze wygląda, jak dla mnie, najlepiej. W kontraście z czarnymi elementami zderzaków, relingów i felg jej sylwetka jest wyrazista, bo odważnie narysowana. Zaryzykuję stwierdzenie, że w tym lakierze będziecie ją widywali najczęściej.

Moją uwagę przyciągają od razu wąskie, ledowe reflektory i tylne światła bezceremonialnie zachodzące na tyle błotniki, które łączy przy pomocy listwy świetlnej biegnącej wzdłuż klapy bagażnika. To najbardziej awangardowe elementy karoserii, nadające jej oryginalnego wyrazu. Od razu wiem, na jakiej marki samochód patrzę. Nie sposób jej pomylić z Teslą, Hyundaiem czy Kią.


Jedynym samochodem, do której mogę ją porównać, patrząc na nią z boku jest Lexus UX. Tak, Toyota od dawna przestała być seksowna jak mikrofalówka. Jest na co popatrzeć, czego dowodem jest to, że pod każdym kątem wygląda po prostu dobrze. I zwraca uwagę na ulicy. Przechodnie odwracają głowy, a ci odważniejsi i bardziej ciekawi podchodzą, by zagadnąć o nią i zajrzeć przede wszystkim do wnętrza, czy pod maskę. A mi od razu przypominają się czasy giełdy samochodowej przy Sielskiej w czasach jej świetności.


Wnętrze, czyli podróż do przyszłości.

Definitywnie to nie jest to, do czego przyzwyczaiła nas Toyota przez ostatnie dekady. bZ4X to nie powrót do przeszłości, to nie autorefleksyjna wycieczka pełna sentymentów i nawiązań do tego, co było. To zupełnie nowy koncept. Narysowany, obgadany z księgowymi i posłany na taśmę produkcyjną. Za oddaloną o jakiś rok świetlny od szyby kierownicą siedzi się dosłownie jak w kabinie co najmniej odrzutowca. A kiedy patrzę na głęboko umieszczony zestaw wskaźników, mam wrażenie, że kiedy wcisnę przycisk uruchamiania procedury startowej ujrzę przed sobą i po bokach rozmywające się w linie gwiazdy, jak w Star Treku. Serio, jeszcze nie ruszyłem, a czuję, że to nie jest Toyota. Co więcej, gdybym miał wersję z wolantem zamiast koła kierownicy (co będzie możliwe), nie zdołałbym szybko przekonać umysłu, że siedzę w samochodzie. Kiedy puszczam pierwsze zdjęcie zza kierownicy jako relację na Facebooku, mój kumpel ze Stanów pyta: „Co to? Samolot?”. Powiesz, że przesadzamy? Śmiało, umów się na jazdę próbną i zapytaj o zdanie własne zmysły.
Po kilku chwilach odnajduję ścieżkę śladów, wskazujących, że to Toyota. Ekran z nowym systemem nawigacji znam z AYGO X. To samo z nagłośnieniem JBL i kształtem głośników, znanym z innych modeli. Reszta jest kompletnie z innego serialu. Tego, od którego elektryk czerpie nazwę – „beyond Zero”. Bo spójrz tylko na: