fotograf olsztyn Paweł Staszak

Włoskie wakacje, czyli jak, gdzie i za ile. Część 1.

Bo Francja już nie ta

Przez wiele lat, mieszkając w Olsztynie i Warszawie byłem zdeklarowanym frankofilem. Jako nastolatek chciałem jechać do Normandii i fotografować. Pragnienie to urosło gdy przeczytałem jeden z zeszytów serii “Wielcy malarze” poświęcony Monetowi i jego pobratymcom. Normandia kusiła mnie chłodnym klimatem egzystencjalizmu, wołała historiami plaży, na której lądowali alianci wyrzynani bestialsko przez niemiecką obronę. Nic prócz Paryża oraz południowego wybrzeża nie liczyło się bardziej. Klimat, historia i architektura przekonywały mnie do czasu, gdy we Francji zaczęło się źle dziać. Podobno Francuzi od zawsze byli wstrzemięźliwi w stosunku do obcych, ale sądziłem, że ludzie różne rzeczy gadają i to pewnie nieprawda, o czym niejednokrotnie się przekonałem.

Po zamachach na WTC paryżanie wyraźnie skostniali. Wiedzieli, że są na celowniku. Zapewniały ich o tym rządy i media. Większość nich symbolicznie wyjęło broń i wycelowało w turystów i emigrantów. Nawet Woody Allen w swoim filmie “O północy w Paryżu” wzdycha do minionych czasów stolicy… No właśnie, stolicy czego? Serów? Mody? Artystów? Fotografii? To pieśń przeszłości.

Dlatego lepiej jechać do Mediolanu

Bo Mediolan był i jest stolicą prawdziwej mody, czego o Paryżu już powiedzieć nie mogę. Włoska moda jest niepodobna do francuskiej. Tę drugą ogranicza zasięg. Perfumy, ubrania – to wszystko. We Włoszech to tylko przedsionek. Prawdziwe salony otwierają się wraz z przekroczeniem Galerii Wiktora Emanuella II, zadaszonej przepiękną kopułą i wyłożoną włoską terakotą, która pewnie z nawiązką pokryłaby całą powierzchnię Księżyca. Pojechaliśmy tam po pielgrzymce do świątyni motoryzacji, o której pisałem wcześniej tutaj.

Mediolan Galeria Wiktora Emanuela II

Mediolan Galeria Wiktora Emanuela II

Galeria jest ładna. Poza dwoma uderzającymi mnie niczym łopata w potylicę szyldami. Pośród salonów Prady, Massimo Dutti, Gucci znajdują się dwa ciernie. Pierwszy, godzący w dumę Włochów, salon Mercedesa z zaparkowanym bolidem F1. Nawet polskie serce krzyczy: “Przecież tu powinien stać Ferrari! Albo Alfa Romeo! Co u licha robi tu Merc?!” I wtedy ten drugi, szpetny, górujący nad jedną z alei ze swoim złotym logotypem McDonald’s nagle przestaje mieć już znaczenie. Przecież to tak, jakby na Krakowskim Przedmieściu otworzyć salon rosyjskich czołgów i kałachów.

Salon Mercedesa w Mediolanie

Salon Mercedesa w Mediolanie

Na całe szczęście wszystko poza tym jest z Mediolanem w porządku: brak namolnych sprzedawców wciskających na siłę i podstępnym sposobem barachło, muzeum Leonardo i jego plac oraz perełka – oryginalne tramwaje z 1928 roku z drewnianymi, niewygodnymi ławkami. Musicie wiedzieć przy okazji, że jeśli zdecydujecie się jechać na zwiedzanie centrum samochodem, najlepiej będzie go porzucić 13 przystanków wcześniej, zapłacić 1,20 Euro i przesiąść się na tory. Trzeszczący wehikuł czasu zapewni wam niezapomniane przeżycia.

Mediolan tramwaj z 1928 roku

mediolan-tramwaj-z-1928-roku

Nocny spacer sprzyja odpoczynkowi. Ludzie niespiesznie przemieszczają się po ulicach, zalegają na placach, pod kolumnami i na krzesłach w restauracjach, gdzie przez cztery godziny jedzą ze znajomymi, wypijają morze wina i promieniują oceanem śmiechu. Konsumują dziesięciolecia prosperity, ale o tym na końcu.

Nad jeziorem Como

Nazajutrz ruszyliśmy nad Como. 220 kilometrów linii brzegowej, góry, plaże, wijące się kilometrami serpentyny, różnice temperatur sięgające 20 stopni i cudowne miasta. Varenna, Como, Bellagio, Lenno, Bellano, Menaggio… Nie sposób wymienić ich wszystkich i odwiedzić w kilka dni. Przez rok byłbym w stanie obejść te największe i kiedy pomyślałbym, że już dobrze je znam, spojrzawszy w górę, na zbocza szczytów zdałbym sobie sprawę, że nic jeszcze nie wiem o tym, co w zasięgu wzroku. Potrzeba lat, by wjechać, gdzie można i wejść, gdzie nie można. Jak do Domu Duchów (Villa de Vecchi).

Villa de VecchiWzniesiona z czerwonego piaskowca koło 1800 roku zachwycała swoją architekturą. Ufundował ją hrabia Felice dei Vecchi wbudowując w  bajkowy krajobrazie wioski Bindo w miejscowości Cortenova. Właściciel cieszył się nią niedługo. Zmarł kilka lat później, a willa trafiła w ręce jego brata i popadła w ruinę. Szybko  pojawiły się legendy o obecności w niej duchów. Miejscowi opowiadali o przekleństwie rzuconym na córkę hrabiego, która miała zaginąć w górach. Niedługo potem koło willi znaleziono ciało kobiety. Uznano, że jest to córka hrabiego. Z roku na rok willa obrastała złą sławą. Podobno gra w niej od czasu do czasu złowrogo fortepian, a ściany, podobnie jak umysły miejscowych są przesiąknięte historiami o  satanistycznych  rytuałach, czarnych mszach i orgiach. Dom łączono nawet z postacią Aleistera Crowleya, który latach 20 miał ponoć zatrzymać  się tam na kilka dni. Przez lata zwolennicy zjawisk paranormalnych wykrywali tu niesamowicie silne pole elektromagnetyczne i rejestrowali obecność głośnych dźwięków pochodzących  z wnętrza  budynku. Mówi się, że przed wejściem do piwnic na murze, znajduje się napis ” SOS “, który podobno nie jest jednak popularnym skrótem “pomocy”, ale okultystycznym znakiem ” Save Our Souls”. Nie mieliśmy możliwości, aby sprawdzić czy cokolwiek z tego, co opowiadają babcie chadzające do wioskowej perukarni jest prawdą. Nie słyszeliśmy zawodzeń, nie wiedzieliśmy napisu, żadna nuta nie wypadała przez otwory okienne. 

Villa de Vecchi

Villa de Vecchi

Villa de Vecchi

W górach pogoda zmienia się szybciej niż koła podczas pit-stopu Formuły 1. Ulewny deszcz sprowadził nas niżej. Śliskie serpentyny zboczy i ucieczka przed deszczem skutecznie podnoszą poziom adrenaliny i serotoniny. Kiedy dostrzegliśmy w dole jezioro i kaskadowo ułożone domy opatulone Słońcem poczuliśmy się, jakbyśmy przenieśli oczy z tylnej szyby, za którą rozpościerał się widok tornada na przednią, za którą królował obraz niczym rodem z reklamowego plakatu w biurze podróży. A to dopiero był początek…

widok-na-jezioro-comoCDN.

Autor: | Opublikowano:

Napisz komentarz

Autor: | Opublikowano: