fotograf olsztyn Paweł Staszak, fotografia pejzażu olsztyn

Włoskie wakacje, czyli jak, gdzie i za ile. Część 2.

W pierwszej części, którą znajdziecie tutaj, opowiadałem o dwudniowym pobycie w Mediolanie i zamianie ustalonego wcześniej San Marino na Como. Przypomniało mi się przy okazji: uważajcie na rezerwacje przez Booking.com. Przy ich pomocy wynajęliśmy piękne co prawda mieszkanie w Italianway Apartments, ale po powrocie do domu okazało się, że w małym drukiem w ofercie było napisane, że sprzątanie nie jest wliczone w cenę i kosztuje 35 Euro. Nieprzejrzystość zasad wynajmu Booking.com na zawsze już odstręczyło nas od korzystania z ich kiepskich usług. Tym bardziej, że w świecie Airbnb Booking.com to stetryczały, kulawy i stękający staruszek, z którym trudno się skontaktować, a kiedy już się wam uda, nie da się z nim dogadać. Airbnb działa inaczej. Kiedy na parkingu w Arese, po wizycie w Muzeum Alfa Romeo (o której przeczytacie tutaj) okazało się, że właściciel mieszkania w Mediolanie wystawił nas jak Freddie Mr.White’a i spółkę ze “Wściekłych psów”, przemiła konsultantka ze słonecznego Los Angeles zadzwoniła do nas zanim ja zacząłem rzucać mięsem i zaproponowała pomoc oraz dodatkowe środki na koncie w ramach przeprosin. Booking.com i spółka powinni się uczyć od Airbnb.

Po Mediolanie, w którym zamki w drzwiach otwierają się w przeciwną stronę albo w prawidłową, gdzie do centrum wjedziesz tylko tramwajem lub hulajnogą spełniającą normy Euro 6 narysowaliśmy trasę nad Como. 100 kilometrów nie zrobiło na nas żadnego wrażenia. To było jak przejechanie do kolejnej dzielnicy metropolii. Pewnie dlatego, że zajęło nam tyle samo czasu.

Talamona

Tak nazywał się nasz punkt docelowy, gdzie postanowiliśmy rozbić namiot w wynajętym przez, a jakże, Airbnb domu z widokiem na Alpy.

talamona-pawel-staszak-planf-fotograf-olsztyn

Talamona okazała się spokojną, sympatyczną mieściną idealną do wypadów nad samo Como i wyżej, w Alpy. Przez tydzień pobytu nad jeziorem i w Alpach zwiedziliśmy tyle wsi i miast, że nie jestem Wam w stanie ich wymienić. Starałem się w pierwszej części, ale to była to jedynie nieudolna próba. W podróży tak naprawdę nie pamięta się nazw. Umysł przestaje działać, neurony wyszkolone przez pracę i odpowiedzialne za przyswajanie faktów wyciszają się, a ich miejsce zajmuje hipokamp i potylica. Pamięta się smaki, zapachy i widoki. Plaże, słońce, zapach wiatru, kolory, smak owoców. Nawet pocałunki smakują inaczej.

Varenna

Miasto, do którego wjeżdżaliśmy tak często, że siedzący przy drodze tubylcy myśleli, że albo mają dwudzieste z kolei deja vu lub to my zapętliliśmy się planując napad na pobliski sklep z kolorowymi żelkami przy użyciu biednej Szarej Myszy. Za każdym razem, gdy zbliżaliśmy się do Varenny lub próbowaliśmy z niej wyjechać trafialiśmy na coś nowego. Na skitraną za podjazdem nieuczęszczaną plażę, na wyścigowe, na trzykołowe samochody do przewożenia una ragazzy na kręgle, na Porsche 356 z parą zakochanych staruszków, na zjazd psychofanów Maserati i sera gorgonzola w jednym, albo na Alfę Romeo Spider świetnie zresztą uchwyconą przez moją narzeczoną na fotografii poniżej.

plaza-varenna

Wpiszcie do Google Maps: 46.027965,9.286936

racing-varenna-fotograf-olsztyn

By zaimponować dziewczynie w Talamonie trzeba mieć dokładnie takie cudo. Ferrari nie robią na nich wrażenia.

maserati-varenna-pawel-staszak-fotograf-olsztyn

Zlot miłośników Maserati i gorgonzoli. Na zdjęciu: Maserati Levante

alfa-spider-pawel-staszak-fotograf-olsztyn

Jedno z najlepszych zdjęć Alfa Romeo, jakie widziałem. Fot.: Monika, na fotografii: Alfa Romeo Spider

Trafiliśmy też na zamkniętą imprezę w Liernie, na której gościem był… Kto taki, zobaczcie poniżej:

Autor: | Opublikowano:

Napisz komentarz

Autor: | Opublikowano: