“Droga fotografia”. Fotograficzne słowo na niedzielę z Olsztyna. Tydzień 12.

Pojechałem ostatnio, ubrany w t-shirt i bermudy do Wisły sprawdzić czy na stokach leży jeszcze śnieg. Nie leżał. Odwróciłem się na pięcie i zawróciłem. Czterysta dwadzieścia kilometrów w jedną stronę. Cztery godziny jazdy. Zrobiłem to tak naprawdę nie po to, by poszusować na nartach (których nie mam) albo stanąć w sklepie z Małyszem w kolejce po konserwę turystyczną, ale aby wcisnąć z rozkoszą gaz do dechy na ekspresowej, dwupasmowej drodze prawie pod samiuśkie wierchy.
Tydzień później jechałem do Łodzi na Fotofestiwal. Jedna trzecia tamtej drogi, trzy godziny jazdy. I wtedy zrozumiałem dlaczego festiwal miał zamiast, jak rok wcześniej dwudziestu czterech, tych dni mniej o czternaście. Dlaczego nie było kasy na frykasy, większych formatów zdjęć i ilości gości. Drogi… Na autostradzie A2 przez dwa kilometry koła toczyły się po dziesięciu nieobecnych dniach festiwalowych, dwóch galeriach i czterdziestu siedmiu honorariach dla artystów. Bo Łódź musi oszczędzać i tyle.
Cieszmy się i tak z tych dziesięciu dni i módlmy się, by nie było ich mniej niż jeden. Bo w Świętokrzyskim na przykład festiwalu w ogóle nie mają, choć drogi piękne i owszem. A w Krakowie natomiast jest, ale drogi jakie — każdy wie. Coś jest na rzeczy. Pewnie to, że postęp cywilizacyjny z wpisaną niego kulturą okupiony jest potem, łzami, latami wyrzeczeń i priorytetami. Zatem aby nasze dzieci rodziły się z biletem do Muzeum Narodowego w dłoni, jak te we Francji do Luwru, musimy zbudować drogi. Tylko patrzeć jak Świętokrzyskie będzie miało największy festiwal fotografii w Polsce. Oczywiście, jeśli tamtejsze autostrady okażą się przynajmniej tak trwałe jak przeciętnie zrobiona odbitka z fotolabu.

Autor: | Opublikowano:

Napisz komentarz

Autor: | Opublikowano: