Riomaggiore czy Manarola?

Riomaggiore jest piękne. Bo włoskie, bo naskalne, bo kolorowe, bo tętniące życiem, bo nadmorskie. Ale nie to czyni je wyjątkowym. 


Kiedy ilość miejsc parkingowych w miasteczku jest wyczerpana, policja zamyka drogę trzy kilometry przed nim i kieruje ruch do miejscowości obok, do Manaroli. Samochodem nie wjedziecie. Za pierwszym razem mieliśmy szczęście i dojechaliśmy do samego Rio, lecz za drugim zmuszeni byliśmy do odwiedzenia Manaroli. I tu zaczęły się schody. Aby dostać się do Rio, trzeba przejść Via dell’Amore (Drogę Miłości) – malowniczą, półtorakilometrową pieszą ścieżkę zawieszoną tuż nad morzem, łączącą oba miasteczka. To byłoby coś, bo i tak zamierzaliśmy ją przedreptać, ale od siedmiu lat jest zamknięta z powodu prac zabezpieczających przed spadającymi na nią skałami.

Pozostały więc do wyboru: wejście do pociągu na dwie minuty lub trekkingowa, czterokilometrowa wspinaczka górską ścieżką.
Wybraliśmy Manarolę. I to był najlepsze wyjście, bo okazało się, że jest piękniejsza niż Riomaggiore. Że można wejść na szczyt obok, skąd rozpościera się przecudnej urody widok na zatokę i morze, że panuje tu sielanka, że przykościelny plac jest niczym Schody Hiszpańskie w Rzymie, gdzie uśmiechnięci ludzie spotykają się, by zawrzeć nowe znajomości, czego i my nie przepuściliśmy. Turczynka Melisa była jak…melisa na skołatane nerwy po poprzednim dniu.
Jedźcie do Manaroli. Najpierw. Zobaczcie ją, by przekonać się, że jeśli nawet nie jest piękniejszą niż Rio, to na pewno jest rewelacyjnym jego supportem. Aha, i spróbujcie ręcznie kształtowanych marcepanowo-pistacjowych kulek.

Sponsorem relacji jest piosenka: https://www.youtube.com/watch?v=M3STj8zlQw4

Autor: | Opublikowano:

Comments

Napisz komentarz

Autor: | Opublikowano: