“Pusto ale pełno”. Fotograficzne słowo na niedzielę z Olsztyna. Tydzień 10.

Wykładając fotografię, za każdym razem powtarzam studentom, że mogę ich nauczyć fotografowania, ale nie tworzenia fotografii. Reakcje były dwubiegunowe: od błyskawicznego zrozumienia jednych, po zdziwienie i skargi do dyrekcji drugich, że zaczynam coś kombinować i pewnie mówię to, by usprawiedliwić już od początku swoje lenistwo, podobno wypisane na twarzy.

Ale czy ociąganiem się można nazwać wypuszczenie studenckiej braci trzaskającą zimą na Starówkę na cztery godziny i powierzając zadanie zrobienia pierwszych oznak wiosny, samemu zasiadając tymczasem w restauracji przy gorącej herbacie, w celu ucięcia małej pogawędki z sernikiem oblanym aromatycznymi malinami? Zadanie mieli, zdawałoby się, nie do wykonania. Ale czy kto pomyślał wtedy, że będę musiał je uzasadnić, obejrzeć następnie zdjęcia i ukróciwszy otwarte na konsumpcję umysły wieki amatorów fotografii przestawić je na tworzenie jako wynik myślenia? Bo czy lepiej zbierać księgi niż je tworzyć? Chętniej wzlatywać w niebo w chyboczącym i pożerającym słuch dwupłatowcu czy założywszy okulary wirtualnej rzeczywistości próbować oszukać mózg siedząc na kanapie z umorusaną popcornem dłonią? Albo też dożywotnio podziwiać łzawą historię Taj Mahal, niż samemu tworzyć własny pomnik miłości?

Nie przychodzimy na świat, jak sądzi wielu, będąc niezapisaną tablicą. Przypominamy raczej zwoje bezładnie skompilowanych kabli, dysków twardych, matryc, przetworników obrazu i procesorów, które z czasem tracą wiele ze swoich połączeń na rzecz innych, wzmacnianych powtarzalnością doświadczeń. W taki oto sposób stajemy się wykwalifikowani. Kiedy przejdziemy przez ręce rodziny, a później nauczycieli, mistrzów i rówieśników okazuje się, że każdy z nich coś na naszej, zapisanej przeróżnymi wzorami, służącymi radzeniu sobie w życiu tablicy nabazgrał. Jeden cienką, delikatną i prawie przezroczystą jak secesyjny ażur linią, a inny – wyłupanym kilofem, żłobem w poprzek wszystkich innych prawd i zabezpieczonym hajzerowską miksturą z reklamy proszku do prania wzbogaconą o niezmywalną plamę honoru. Nie do usunięcia. I wtedy oto mamy, jeśli tak postanowimy, stanąć w szeregu adeptów, trzymając w dłoni aparat i walcząc o wysforowanie się przed grupę, pełni nadziei na stworzenie niepowtarzalnego stylu o większej niż słowo „muślin” sile oddziaływania i zaliczenie się do „encyklopedycznych” haseł w Wikipedii.

Sztukę fotografowania, czerpiącą haustami ze wzorców malarstwa i wytworów projektantów sprzętu układających sekwencje skomplikowanych algorytmów można opanować podążając za wskazującymi ruchami batuty nauczyciela. Lecz tworzenie obrazu pozostaje w gestii adepta sztuki magicznej. Zaklęcia pomagają bowiem tylko w Harrym Potterze. Gotowe wzory – w kuchni Magdy Gessler, ale nie w fotografii.

Wychodząc ze szkoły umysł trzeba mieć opróżniony jak pęcherz przed udziałem w górskim odcinku Tour de France. Najlepiej w pośpiechu przesunąć na margines swej tablicy zdania o „najlepszym fotografie reportażu”, o „klasycznym i nienaruszalnym kanonie piękna” i „wzorze do naśladowania”. Zróbcie sobie miejsce na własne zdania. Wypiszcie je jednak zmywalnym mazakiem, bo ograniczona trwaniem życia tablica Waszych umysłów nie może stać się śmietnikiem myśli i skostniałych sądów. Co się stanie jeśli tego nie zrobicie? Zajrzyjcie w witryny obecnych w każdym mieście zakładów fotograficznych istniejących od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku.

Tymczasem obejrzyjcie zdjęcia ulubionych fotografów, którzy podjęli trud myślenia. Avedon, Newton, Cartier-Bresson, Bułhak, którykolwiek z nich lub im podobnych. Posiądźcie wiedzę o ich stylu i pomysłach. Posiadajcie po to, by nie kopiować. Nawet nieświadomie. Po to właśnie są szkoły. Nie starajcie się dorównać mistrzom. Porzućcie tę myśl.

Bądźcie od nich lepsi.

Post scriptum: Chętnych do dyskusji o fotografii w Olsztynie i poza nim zapraszam na kawę, co tydzień w niedzielę. Możesz umówić się ze mną wysyłając wiadomość. 

Paweł Staszak

Autor: | Opublikowano:

Napisz komentarz

Autor: | Opublikowano: