konkurs fotograficzny olsztyn fotografia

Pociąg do fotografii

Codziennie się spieszymy. Do kogoś, czegoś lub dokądś. W domu stygnie dziewczyna, w Lidlu rzucili Crocsy a w teatrze ktoś zajmie nam najlepsze miejsce, bo bilety nienumerowane. Biegnij Forrest, biegnij! Do salonu po nowy samochód na wyprzedaży, po pierwszy wpis pod fejsbukowym konkursem, do spożywczego, bo Święta już za miesiąc. No i z domu do pracy i z pracy do domu, bo… sami nie wiemy po co. Na światłach też wypada być pierwszym. Na przystanku – najbliżej krawężnika, przed salą wykładową – tuż przy drzwiach. Wiadomo, powolni tracą najlepsze miejscówki, a ostatni siedzą na podłodze, albo na parapetach, jeśli są. I na poczcie, w szatni, i w pociągu. Te ostatnie są w Polsce ostoją zdrowego rozsądku, ulegając niestety, gnane pospiesznymi umysłami, presji prędkości.

Pod koniec lat ’80 jeździłem pociągiem z rodzicami do Warszawy, a dalej – do Radomia. W sumie 350 kilometrów, 8 godzin jazdy latem i bez klimatyzacji. Nie wydawało się, że to długo i że za gorąco. Było lato i musiało być gorąco. Otwierało się okno i nikomu nie przeszkadzał hulający w przedziale wiatr, podczas gdy ja, bawiąc się w najlepsze w odfruwającą rękę, czułem że żyję. I wszystko to przy pomocy oszałamiającej prędkości 80 km/h. A jak było lekko z górki i w lesie, to licznik zbliżał się pewnie do 82 km/h. Taka to była maszyna!

Dzisiaj chcemy co najmniej Pendolino, a najlepiej żeby to był skośnooki Maglev, bo TGV to już stary, kulejący i pijany Francuz. Musi być szybko. Bo szybciej znaczy podobno lepiej. Ale dla kogo? Na pewno nie dla fotografów.

W ciągu ostatnich pięciu lat jechałem pociągiem czterokrotnie. Pierwszy raz – do Poznania. 11 godzin. W śmierdzącym, nie ogrzanym dostatecznie, dwupoziomowym wagonie bez przedziałów z toaletą, w której zasikane były i okna, i sufit. Przeklinałem ten dzień, wieszając psy na Polskich Kolejach Państwowych. Drugi raz – z Brukseli do Paryża, odpowiednikiem TGV – Thalysem. Trzysta kilometrów w godzinę. Numerowane miejsca, przodem do kierunku jazdy, klimatyzacja, gniazdko do zasilania laptopa, catering i mój aparat na stoliku, włączony i gotujący się do robienia zdjęć. Kiedy przejeżdżaliśmy koło autostrady, Ferrari i Porsche stawały się w mgnieniu oka niknącymi punktami za pociągiem zanim zdążyłem wybrać czas i wartość przesłony, nie mówiąc o skadrowaniu i nastawieniu ostrości. Nic, kompletnie nic nie wyszło ciekawie. Ani ostro, ani dobrze skadrowane. Nic, bo po prostu nie zdążyło.
Trzeci raz toczyłem się na Sycylii, od Santo Stefano di Camastra do Cefalu. Pół godziny drogi nad samym brzegiem morza. Zbawienna klimatyzacja, wygodne fotele i czterdzieści na godzinę. Stacja za stacją, stacja za stacją. Jak w autobusie PKS-u zatrzymującym się co parę kilometrów w każdej ze wsi. To był jeden z tych składów, którym objechanie wyspy zajmuje 2 dni. Zrobiłem trzysta zdjęć: ludzi, dworców, morza i plaż.
W Polsce, i to był ostatni raz, jechałem z Warszawy do Olsztyna. Dwieście kilometrów w prawie cztery godziny. Zrobiłem czterysta zdjęć. W mazowieckim tylko pól i łąk, ale gdy wjechaliśmy na Warmię, klatki zaroiły się jeziorami, wzgórzami, dolinami i starymi stacjami z niemieckimi tabliczkami. Czterysta fotografii. A do tego dwieście przeczytanych i czterdzieści napisanych wiadomości, nadgoniona, rozpoczęta rok wcześniej „Twierdza” Exupery’ego, pogawędka z nieznajomymi i rozkoszna pustka w głowie. Do tego ostatniego powinniśmy spieszyć się dzisiaj najbardziej. Zamienić leżankę u terapeuty na kanapę w przedziale, wyłączyć świat i poddać się nieuniknionemu. Polskie pociągi sprzyjają temu jako nieliczne. Dbają o zdrowie psychiczne. Co więcej, gdyby nie ich rozsądna prędkość, fotograficy, jestem tego pewien, nie zrobiliby świetnych zdjęć. Ani pociągu mknącego przed jeziorem pośród pól, ani temu, co widziane z jego okna. Bo czy wyobrażacie sobie parę młodą uciekającą przed TGV na wiadukcie? A otwarcie okna w pędzącym 600 km/h Maglevie i wystawienie przez nie aparatu? Jasne, możecie spróbować, ale najpierw musicie uporać się ze szlifierką, by wyciąć dziurę w oknie, przy czym wszystko i tak na nic, bo przy takiej prędkości jedyne, co zarejestruje aparat na karcie to seryjne zdjęcia wyciągania was przez pęd powietrza przez okno oraz momenty roztrzaskania się o barierę i lądowania dwadzieścia metrów poniżej torowiska. Najlepsze, co mogłoby z tego wyniknąć to pośmiertny tytuł najlepszej serii w World Press Photo, a najgorsze – bezcenny zapis śmierci i głupoty pozostawiony waszym krewnym jako epitafium.

Właśnie dlatego wczoraj, podczas uroczystości rozdania nagród w konkursie „Kolej we współczesnym pejzażu Warmii i Mazur” zorganizowanym przez Warmińsko-Mazurski Oddział Przewozów Regionalnych w Olsztynie i Miejski Ośrodek Kultury w Olsztynie apelowałem do dyrektora kolejowej spółki i marszałka województwa: „Nie przyspieszajcie! Nie przyspieszajcie naszego szalonego życia. Dla zdrowia psychicznego i w imię dobra fotografii”.

Paweł Staszak

Wystawę „Kolej we współczesnym pejzażu Warmii i Mazur” można oglądać w Centrum Techniki i Rozwoju Regionu Muzeum Nowoczesności MOK, przy ulicy Knosały 3B w Olsztynie przez najbliższy miesiąc.
Tekst nie jest sponsorowany przez żadną z wymienionych firm.

konkurs fotograficzny

konkurs fotograficzny

konkurs fotograficzny

\

konkurs fotograficzny

konkurs fotograficzny

konkurs fotograficzny

konkurs fotograficzny

konkurs fotograficzny

konkurs fotograficzny

konkurs fotograficzny

konkurs fotograficzny

Paweł Staszak

Autor: | Opublikowano:

Napisz komentarz

Autor: | Opublikowano: