Monterosso al mare. Plaża nudystów.

Monterosso al mare. Plaża nudystów.
Wstęp przykuwa uwagę? O tym za chwilę.

Na zachodnim wybrzeżu, podobnie jak na Sycylii, trudno o piasek na plaży. Dziewczyny lubią kamienie, jedna z nich nawet je kolekcjonuje, robiąc biżuterię i masaże, no świr kompletny. Ja lubię piasek. Im drobniejszy, tym lepszy. Ale dobry zespół potrzebuje kompromisów, nie tylko kierownika kierownicy.

Przed przyjazdem dotarłem do końca Internetu i znalazłem plażę pół-na-pół. Pół-piasek, pół-kamienie. A w bonusie taką w strojach kąpielowych i bez.

Widok na plażę Monterosso al mare ze szczytu góry jest nieziemski. Możesz widzieć morze codziennie, a i tak odbierze ci dech. Nawet Włosi wzdychają widząc z jednego z wielu punktów widokowych obraz wcinającego się w głąb morza lądowego klina.

Parkujemy tuż przy plaży i wchodzimy. Piasek jest gorący, a to przecież początek czerwca. Zapomnijcie o chodzeniu po nim bosymi stopami. Nawet lokalsi o hebanowym ubarwieniu klapią podeszwami albo idą brzegiem morza, dając mu chłodzić stopy swoją wodą.

Rozbijamy się. Dziewczyny smarują się 50-tką, ja – przyspieszaczem opalenizny. Nie chcę, by wyszukujące światła statki rozbiły się o rafy.

Plaża jest podzielona pół-na-pół pomiędzy piasek, na którym siedzą rozebrani-ubrani a kamienie, na których spoczywają rozebrani-rozebrani. Znaleźliśmy ich tuż przy skale, wyznaczającą umowną granicę wstydu i bezwstydności. Można do nich dołączyć w kompletnym stroju i zostaniecie przyjęci ciepło, ale po co? Najlepiej zrzucić wszystko. Okrągłe kształty przeważającej ilości kobiet są krąglejsze niż kamyki na plaży. Amerykańskiej budowy ciała – brak. Włosi wychodzą z założenia, że jeśli już pokazywać całość, to mieć co. I mają.

Monterosska spiaggia jest przytulna, cicha i…rozmarzona. Próżno tu szukać parawanów, szumu morza zagłuszanego przez szum kwok i zapachu innego niż wiatru od morza. Ludzie są szczęśliwi.

Uspokojony ich i swoim szczęściem, zasypiam. Budzę się w otoczeniu kupy kamieni zebranych przez jedną z moich towarzyszek i kilku bransoletek, które czarnoskóry Senegalczyk po ciężkich negocjacjach z Polkami zostawił prawie za darmo na moim ręczniku. Chwalę je, bo powinien przekazać swoim braciom kopiącym piłkę, że we wtorkowym meczu łatwo z Polakami nie pójdzie.

Dzisiaj nie jestem już latarnią. Dzisiaj dowiedziałem się dlaczego Monte (góra) ma w swojej nazwie przymiotnik „rosso” (czerwony). Auć!

Sponsorem relacji jest piosenka https://www.youtube.com/watch?v=Ww7RHpetMSE

Autor: | Opublikowano:

Napisz komentarz

Autor: | Opublikowano: