fotograf olsztyn Paweł Staszak

Mechanicy, tak naprawdę

Czy kiedykolwiek, tak naprawdę, zadzwonił do was mechanik samochodowy z pytaniem: „Czy wszystko, tak naprawdę, z twoim samochodzikiem dobrze? Kółeczko nie odpada? Zaworki się nie poluzowały? A płyniki? Są? Tak naprawdę?” Nie. Daję głowę, że nigdy nie telefonował i nie pytał. Co więcej, jestem tak naprawdę pewny, że jeśli tylko z nim nie sypiacie, nie jest waszym ojcem, nie wisicie mu osiemdziesięciu tysięcy albo wasz samochód nie jest jego, nawet nie ma waszego numeru telefonu. Mają go za to: agenci ubezpieczeniowi, bankowcy i Google. Ci zawsze wiedzą kiedy zadzwonić i gdzie, tak naprawdę, jesteście.

“Tak naprawdę” – Wyrażenie Roku 2013, które zrzuciło koronę ubiegłorocznemu „ogarniać”.

Mechanicy samochodowi nie lubią autopromocji. Nie lubią promocji w ogóle. Oni nie proszą. Kiedy do nich przyjeżdżasz, czujesz się jak nastolatek przed pierwszą randką, ledwie dorosły przed egzaminem albo jak prezes przed sądem kapturowym. To nieprawda, że wobec sądu, Boga i chorób jesteśmy równi. Wszyscy jesteśmy tymi samymi robakami dla mechaników, bez względu na to jakim samochodem jeździmy, ile zarabiamy i czy odejmujemy sobie chleb od ust na naprawę wozu czy wozimy drobne trzydzieści tysięcy w schowku na rękawiczki.

Mechanicy się nie uśmiechają. Chyba, że śmieją się z nas i naszych samochodów. Nie przeszkadza im przy tym to, że za tą nędzną, pokrytą eternitem, nieogrzewaną budą stoi ich zagazowany pożeracz szos – Audik A3 w tedeiku, którego co tydzień właściciel złomu zza płotu myli z przystankiem autobusowym.Mechanicy samochodowi ciągle narzekają. A to że robota brudna, że kanał zimny, że pieniędzy nie ma i klientów. Gdyby nauczyć ich pisać i dać dostęp do Internetu, zamiast najpopularniejszego „sexu” – na szczycie wyszukiwanych haseł znalazłyby się tuż obok siebie takie kwiaty jak: „oleik”, „simering”, a na kolejnych miejscach pytania: „jak rozkręcić to badziewie” oraz „jak skutecznie umyć ręce bez użycia wody” i „dlaczego mój kibel jest ciągle uwalony”.

Mechanicy wiedzą też wszystko o życiu. Zapytajcie o „boską cząstkę”, a dowiecie się, że to wał korbowy w ich tedeiku. Kiedy im odparujecie, że to inna nazwa na poszukiwany przez fizyków do 2013 roku w akceleratorze cząstek „bozon Higgsa”, odpowiedzą, że szukali, gdzie nie trzeba. A kiedy zagadniecie o kawę, dowiodą wam, że najlepsza jest „trzy w jednym” z Biedronki i zaparzona w plastikowym kubku w ich biurze.

Mechanicy samochodowi umieją liczyć. Zdecydowanie liczą na siebie. Zapomnijcie, że uda się wam negocjować cenę albo, że faktura z odroczoną płatnością zaginie w czeluściach ich usmarowanych kombinezonów, gdzie nie dociera ani Ariel, ani światło, ani Wielka Ekspedycja Amazońska. Co to, to nie. Jeśli tak myślicie, jesteście naiwni. Człowiek, który codziennie liczy narzędzia, skrupulatniej niż chirurg, o kasie pamięta zawsze. Przynieście mu Żubrówkę albo jointa a będzie pamiętał lepiej niż na trzeźwo.

Mechanicy są bezkarni. To, czego czasem dokonują na waszych samochodach mogłoby stanowić doskonały przykład dla hasła „morderstwo doskonałe” w Wikipedii. Im cięższe wykroczenie, tym mniej dowodów. Bo nieżyjący nie mają racji.

Mechanicy, w końcu, widzą przyszłość i oceniają stan samochodu znając jedynie jego rok produkcji i widząc waszą kurtkę. Wiedzą, że cylinder padnie za 4862 kilometry, a wasz wóz nie jest wart więcej niż jego śniadanie.

Tak naprawdę jednak bez nich nie da się żyć. Jeśli chce się jeździć samochodem z takim zapałem jak je się chleb albo czuje przymus ścinania włosów, ich umorusane smarem łapy są niezbędne. Chciałbym dożyć jednak czasów, że podniosą nimi swój telefon i zadzwonią do mnie z pytaniem: „Wszystko OK z twoim wozem?”, co w domyśle znaczyć będzie ni mniej, ni więcej niż: „Cześć. Błagam cię, daj mi zarobić na chleb, jestem twoim służącym, a tyś mi panem, o lordzie”.

No naprawdę.

Autor: | Opublikowano:

Napisz komentarz

Autor: | Opublikowano: