Jak z uśmiechem nie zostać dyrektorem Biura Wystaw Artystycznych

Trzeci raz w życiu przyszło mi, starając się o pracę, przejść rozmowę kwalifikacyjną. Pierwszym razem rekrutowała mnie międzynarodowa korporacja. Czułem się jak przed maturą: za gardło ściskał mnie Terminator, serce niczym kamień z worka osierdziowego próbował wypchnąć Syzyf, a w kolanach ktoś anonimowo i w akcie dywersji zamontował mi puszek z kaczuszek. Poszło podobno gładko. Skąd to wiem? Bo oprzytomniałem na korporacyjnym szkoleniu tydzień później.

Drugiej ścieżki rekrutacji nie pamiętam, bo nie kolekcjonuję złych doświadczeń. Dzięki niej jednak każdą następną pracę organizowałem samemu. Albo mi ją proponowano. Uznaję to za akt szczęścia i łaski. Wdzięczny za to jestem Bogu, rodzicielskiemu wychowaniu i ludziom, których spotkałem na swojej drodze, a którzy wykazali się dobrą wolą i mało powszechnym darem projektowania przyszłości. Miałem szczęście, trafiając na swoich długoletnich szefów: dyrektora Marka Marcinkowskiego i wydawcę Mirosława Kiapśnię. Oba Koziorożce, z którymi, jak utrzymują wszystkie horoskopy w „Pani Domu” i „Życiu na gorąco” Waga żyje podobno w symbiozie jak ogień z wyschnięta ściółką, przyczyniły się do wskazania mi drogi, dzięki której jestem tu, gdzie powinienem i, co najważniejsze: tu, gdzie chcę – w Olsztynie. Nie w zazdrosnej o przeżywanie Warszawie, oferującej jedynie życie i garaż wielkości przeciętnego mieszkania. Nie w Barcelonie, choć to było kuszące z racji ludzi, fiest, sjesty, gór, morza i przedłużenia życia o jakieś 7 lat. Nie w skąpanym w słońcu Rzymie, chociaż wart był grzechu z powodu niestabilności uczuć i wehikułu czasu zamontowanemu na Schodach Hiszpańskich, dzięki któremu człowiek cofa się do beztroskich lat nieskrępowanej młodości.

Aby odkryć Olsztyn i się w nim zadurzyć, trzeba z niego wyjechać. Porzucić jak dziurawą skarpetę, wykazać się zdradą, poczuć dystans kilometrów i upływ czasu, być pewnym, że decyzja wyjazdu była trafiona jak szóstka w Lotto. Wyjechać i zapomnieć.

Przez rok jest łatwo. Nowi ludzie, miejsca, nowe obowiązki, nowe…wszystko. Inne i fascynujące. Czujesz się, jakbyś nabrał głęboko powietrza przesyconego odurzającymi perfumami, pieniędzmi i possibilities. I pasuje ci to. Pasuje, dopóki nie wrócisz na weekend do Olsztyna. Dopóki nie wysiądziesz późnym wieczorem z autokaru w centrum (sic!) i dopóki nie weźmiesz oddechu na nowo. Nagle (łapiesz się na myślach) bilet powrotny powinien się zgubić, tory powyginać, linie autobusowe solidarnie zastrajkować, najlepiej na dwa stulecia. A drogi? Rolnicza blokada bronami. Nie chcesz już wracać do emigracji.

Jeśli wydaje się ci, że majaczę, podkładam dwa gotowe scenariusze, niezależne od pory roku. Pierwszy: jeśli wjedziesz 16-tką do Olsztyna od strony Trójmiasta, pójdź na plażę miejską. Dziś nazywa się CRS Ukiel, ale to bez znaczenia. Jeśli będzie zimno, po dwóch godzinach stania i przyglądania się brzegom będzie ci jeszcze zimniej. Jeśli trafisz za dnia w lecie, wypożycz skuter albo żaglówkę, popływaj wpław albo połóż się na piasku. Jeśli będzie to noc, wykąp się nago. Wszystko jedno co zrobisz, tak skończy się scenariusz. Nie dlatego, że nic innego w Olsztynie się nie dzieje. Dlatego, że poczujesz się, jakbyś wrócił do nastoletniego przeżywania życia. W domu starzy, a ty na gigancie.

Niech ci nie przyjdzie do głowy trafić po tym na Starówkę i to w okresie trwania Olsztyńskiego Lata Artystycznego lub zimowego jarmaku. Hollywoodzkie historie przy tym wydadzą ci się kulawe i niedociągnięte.

W drugim scenariuszu wjeżdżasz 51-ką z Warszawy. Zjedź do jedynego w Polsce kampusu studenckiego, poleż na studenckiej plaży, napij się piwa na molo ze studencką bracią, po czym wejdź na górkę kortowską. Jeśli będziesz samotnie, zabraknie ci drugiej dłoni. Jeśli w parze, zabraknie ci przyjaciół. Jeśli będziesz z przyjaciółmi, zabraknie ci jedynie pieniędzy, by kupić to miejsce na własność, postawić tu domek wielkości kartonu po lodówce i powiedzieć światu, żeby się łaskawie odpieprzył.

Kiedy pogodzisz się ze stratą wdychanych francuskich oparów Chanel i oswoisz Bruno Bannaniego, kiedy zastąpisz pękaty portfel Louis Vuitton’a na kondomierkę w jeansach, gdy warszawski Plac Zbawiciela przemianujesz na Plac Dunikowskiego, a barcelońskie sushi w Umo na wszystko-co-azjatyckie w Shanghai Bistro, w końcu skupisz się na sobie. Na tym, czego potrzebujesz najbardziej. Na przeżywaniu życia. I rozmowie kwalifikacyjnej.

Firmom i instytucjom tu działającym daleko do standardów wielkomiejskich korporacji. Pewnie będziesz czuć się niepewnie nie spotkawszy się z czteroetapowym, seryjnym mordercą szarych komórek systemem rekrutacji i nie stając vis-a-vis ze ścianą MacBooków Pro. Poczujesz się obco nie stykając się z mrożącymi jajka specjalistami od HR, wymuskanymi paniami od PR, łykającymi Prozac product managerami i białymi nosami creative directorów. Że ulegam stereotypom? Pogadamy, jak spełnisz wymogi formalne i gdy skreślą cię z powodu butów.

TU jest inaczej, choć stres pourazowy wciąż pompuje do żył testosteron, adrenalinę, a rany po urazach tyłka otwierają się na nowo. Dziewięcioosobowa komisja. Naraz! Wszyscy po to tylko, by mnie zgnoić, zatopić pytaniami, wywrócić majtki na lewą stronę, założyć mi na łeb i wykopać z sali. Politycy najwyższego olsztyńskiego szczebla, specjaliści z ministerstwa, załoga firmy, do której szefowania pretenduję, ludzie ze środowisk twórczych i nieprzejednany profesor, przed którym większość staje na baczność jak rekrut przed pułkownikiem.

Wszedłem. Sala była wielkości parkietu do tańca na Titanicu, stoły o jego wadze ustawione w kwadrat a światło z wielkich okien padało na moją twarz, kryjąc jednocześnie tych naprzeciw. Atmosfera jak z przesłuchania. Taka, przy której relacja z sejmowej komisji śledczej wypada jak nagranie z przedszkolnego kółka teatralnego. Wyschnięte gardło domagało się natychmiast wody. Powstrzymałem się. Zresztą była za daleko, a gdybym nawet zdołał ją dosięgnąć, i tak rozlałbym albo się nią zakrztusił i umarł. Przywitaliśmy się. Prezydent poprosił o pięciominutowe przedstawienie siebie i koncepcji prowadzenia instytucji. „5 minut?! Mam tu materiału na 5 godzin gadania!”. Czyli konkret. OK., wdech, spięcie pośladków i jedziemy. Nie. Wyyyydech…

Wysilając przez ułamek sekundy wzrok dostrzegłem na wszystkich twarzach… Czyżby był to uśmiech? Nie wierzyłem. Tak, to uśmiech. Ale na rozmowie kwalifikacyjnej?! Może pomyliłem salę? Nie, wszystko się zgadzało.

Wyluzowałem. Odpuściłem, jakby powietrze ze mnie zeszło. High-power poses, odpowiedzialne za produkcję testosteronu i kortyzolu przemieniłem na chill-out poses. Gardło nagle zaczęło przepuszczać słowa jak dobrze naoliwiony karabin maszynowy serię nabojów. Bez wysiłku.

Czas się skończył. Teraz pytania. „Czy pan lubi ludzi?” – usłyszałem. Po raz pierwszy ktoś w historii rozmów kwalifikacyjnych zadał pytanie, chcąc usłyszeć odpowiedź i ocenić inteligencję emocjonalną. „W jaki sposób chce pan inspirować pracowników?” – pytanie kolejne, pokrewne, o emocjach. Przebrnąłem. Rękę podnosi profesor. Czekam na kulę w serce, pytania w rodzaju: „Jak pan postrzega przestrzeń nieoczywistą?” albo „Czym jest dekonstrukcja rzeczywistości jawiąca się we współczesnych mediach cyfrowych i dlaczego bajka Czapu Czipu nie znajduje w nich miejsca?”. Pada inne:  „Oglądałem FOTO, podobało mi się, co się z nim stało?”. Łatwiej byłoby odpowiedzieć mi tylko na pytanie o to czy mamy teraz dzień czy noc.

Śmiercionośny strzał padł z prawej strony. Najmłodsza, z rozbrajającym i szczerym uśmiechem pani zapytała mnie o fundusze ministerialne. Pogubiłem myśli. Uśpiony wyczuwalną empatią i radością z wykonywanej przez komisję pracy, odnalazłem się za późno.

Podziękowano mi i pożegnano.

Próbowałem odnaleźć powagę i zmyć uśmiech z twarzy. Zachować się jak przystało na postrzelonego i z raną wylotową pójść, by ją opatrzyć, do pubu. Silna wola okazała się za słaba. Uśmiechu nie zmyłem ani zimną wodą, ani wiadomością otrzymaną późnym wieczorem, że z karabinu strzelałem ślepakami i wybrano kogoś innego.

Kiedy dziś o tym myślę, daję głowę, że to skutek zatrucia najczystszym w Polsce powietrzem, zachłyśnięciem miejscem i obecnością podobnych usposobieniem do Katalończyków Olsztyniaków.

Czy biorę jakieś prochy? Tak. Nazywają się potocznie Tabletką Szczęścia. Produkuje się ją w przysadce mózgowej, stymulowanej odpowiednio przez miłość, rodzinę, widok z okna i przeżywanie życia.

Autor: | Opublikowano:

Napisz komentarz

Autor: | Opublikowano: