Gender w BWA, czyli jak „dużo” znaczy „za mało”

Dwa dni temu napisał do mnie kolega. Taki, co wstaje zimą o trzeciej w nocy i brodząc w śniegu po kolana wchodzi do wkopanej w ziemię budy, z której przy temperaturze minus 20 czatuje na wabione padliną zwierzęta. Robi im zdjęcia, by później, wyleczywszy odmrożenia i odwlekając proces o rozwód z żoną posłać je na konkursy i zdobyć uznanie. Tym razem nie próbował mnie jednak zachęcić do ciągnięcia padniętych kotów przez śniegi pól i ośmiogodzinnego mrożenia tyłka, ale do ponownego (pisałem o tym w październiku) błądzenia w ciemnościach parkingu Biura Wystaw Artystycznych, zakończonego wystawą portretów Barbary Yoshidy. Kto to – nie wiedziałem, co zrobiła – nie widziałem. Dałem się namówić, w końcu w BWA mają ogrzewanie, nie muszę zakładać kaleson, a rąk nie pobrudzę kocią krwią. Poszedłem.

I tak szybko, jak się tam znalazłem, chciałem stamtąd wyjść. Spotykani od parunastu lat znajomi byli ciekawsi niż zdjęcia kobiet-artystek Yoshidy. Barbarę (akcent na pierwsze „a”, bo o artystce nowojorskiej mowa) dotknęło podobno w odległej przeszłości lat siedemdziesiątych XX wieku pytanie zadane przez prominentną, odpowiedniczkę Kazi Szczuki, feministkę Lindę Nochlin: „Dlaczego nie było wielkich artystek?”. Nie, że w ogóle nie było, ale że nikt ich nie malował i nie fotografował, pozostawiając im kobiecą rolę natchnień i obiektów artystycznej, męskiej czci.  Barbara uznała, że na wielkie znaki zapytania powinno odpowiadać się wielkimi wykrzyknikami, najlepiej w liczbie osiemdziesięciu i tyle też fotografii postanowiła pokazać. Ponieważ Nochlin znana jest jedynie z tego pytania, Yoshida, udzielając na nie odpowiedzi, mogła przejść do historii fotografii tym jednym projektem. Rozpoczęła go kiedy w Polsce padał komunizm, a zakończyła gdy prezydencki samolot runął pod Smoleńskiem. Zbieżność wydarzeń czy zaplanowane działanie? Jeśli odpowiedzieliście sobie twierdząco na drugą tezę pytania, zadzwońcie do Macierewicza i Wikileaks. Taki bowiem Yoshida ma związek z polską historią jak jej fotografie z wciskaną przez kuratorkę wystawy tematyką gender.

Nie, nie jestem mizoginem. Potrafię dostrzec, nawet feministyczną ideę i skuteczność jej realizacji. Co więcej, docenić to i napisać chwalebne haiku. Ale nie jestem też idiotą, któremu zamyka się powieki ładnym uśmiechem i ideologicznym bełkotem w obronie tego, czego nie można bronić, bo samo winno być na ataki nie tyle krytyki, co pytań, odporne.

Bo kiedy podchodzi się do portretu psychologicznego, jakim starała się zapewne Barbara uczynić swoje obrazy, umysł powinien zbudzić się z ogłupiającego, codziennego letargu i zadając pytania o to kim jest ten ktoś na zdjęciu, samodzielnie próbować znaleźć wynik. Osiemdziesiąt obejrzanych twarzy i żadnej odpowiedzi. Pomogły dopiero, wielkości eseju, podpisy. Ale co z tego, gdy czułem się jakbym, będąc sokołem dostał laskę dla ślepca i psa przewodnika?

Czym jest dobry portret psychologiczny? Pisałem o tym któregoś razu, plik znajdziecie tutaj: klik

W zdjęciach Barbary widziałem rozpaczliwe poszukiwania sposobu portretowania, nie obcego takim klasykom jak Arnold Newman (popatrzcie chociażby na zdjęcie Igora Strawinskiego http://blog.ricecracker.net/wp-content/uploads/2009/07/blog-6-arnold-newman.jpg) czy Herb Ritts i Edward Steichen. Pozowanie w atelier, zdawałoby się naturalnym środowisku artystek przewijało się przez prawie wszystkie kadry. Żadnego zaskoczenia, żadnej historii, żadnego zapłonu w mózgu odpalającego u oglądającego fajerwerki zadumy i to pomimo wielości plam, będących rekwizytami w tle. W portrecie „dużo” znaczy „za mało” a „mało” oznacza najczęściej „w sam raz”. Trzy linie u Newmana w portrecie Strawinskiego mówią głośniej niż szepcząca nieskładnie ich setka za plecami Marilyn Minter Yoshidy. Jeśli odnieść oboje artystów do świata samochodów, ten pierwszy jest Alfą Romeo 4C, druga zaś – Lamborghini Veneno. Prostota, lekkość konstrukcji i wyrafinowanie kontra przegadana forma z instrukcją obsługi wielkości książki telefonicznej. Taka też jest i wystawa – więcej w niej tekstu niż obrazu, więcej ideologii niż materializmu, więcej pytań przy braku odpowiedzi.

Istnieje jednak szansa, że Barbara odzyska sprawność i zachwyci, chociażby Nowy Jork, czymś więcej niż włożonymi w usta kuratorki frazesami zamiast obrazami. Obecnie fotografuje skały w świetle Księżyca. Jeśli będzie robiła to z taką determinacją, jak mój zabunkrowany w czatowni kolega, jestem pewien, że ani jedno słowo nie będzie potrzebne do opisu zdjęć, o esejach wieszanych na ścianach czy moim krytycznym tekście nie wspominając.

Autor: | Opublikowano:

Napisz komentarz

Autor: | Opublikowano: