“Drogie błyskotki”. Fotograficzne słowo na niedzielę z Warszawy. Tydzień 11.

Wszyscy lubimy ładne rzeczy. Nawet ci z nas, którzy z aktorskim kunsztem ukrywają ten fakt w imię nonkonformizmu, trzymając w dłoni lalkę z serii monster, aranżując mieszkanie na pieczarę, przerabiając odebrany z salonu lśniący samochód na brzydkie kaczątko określane staropolskim mianem rat style czy uprawiając w przydomowych ogródkach dziwidło olbrzymie. Nawet ci potajemnie obejrzą się za Barbie, dadzą zwieść się na pokuszenie pięciogwiazdkowemu spa, czerwonemu i połyskującemu filuternie chromem Mini oraz orchideom. Brzydkie rzeczy, jak większość polskich dróg, miewają charakter, ale o wiele bardziej pociąga nas płaska jak matryca aparatu autostrada A1.

Problem w tym, że za wszystkie piękne rzeczy trzeba płacić cenę niemałą. Marka kosztuje. A nas, zubożałych Polaków, na byle jakie rzeczy nie stać. Tak – nie stać. Cena nie świadczy o jakości produktu, ale już pozycja wytwarzającego go przedsiębiorstwa powiedzieć może wiele. Coś, co kosztuje pięć złotych, udając oryginał za piętnaście, jest dobrem… złym. Tombak się ściera, plastikowe łyżki do zupy trują gości, a kiepski papier i druk nie wytrzymają trudów drogi od skrzynki pocztowej do kanapy w salonie.

Skłamałbym i wykazał się naiwnością, sądząc jednak, że i markowe błyskotki nie są pozbawione wad. Dobre czasy, odkąd w kilku państwach Europy wprowadzono na szczeblu państwowym zapis o minimalnym okresie trwałości produktów, minęły. Teraz niepodzielnie rządzi zasada „planowego postarzania produktów”, ograniczająca już na poziomie założeń bezawaryjność baterii i innych podzespołów sprzętu. Ma on służyć nam tyle, ile minie czasu do premiery następcy. Z jednej strony takie posunięcia dają zatrudnienie i stymulują rynek, z drugiej zaś — wymuszają nieustanne sięganie do kieszeni.

Wszystko to przypomina mi o nieuchronności starzenia się, któremu nie stawi czoła żaden kosmetyk, przeszczep albo asfalt położony na tańczącą w rytmie harlem shake drogę. Przywołuję również w pamięci historie opowiadane przez znajomych fotografów o niezidentyfikowanych modelkach i modelach zjawiających się na castingu w odpowiedzi na zaproszenie wysłane w portalu z ich cyfrowymi książkami, mającymi z niezafałszowanym wyglądem tyle wspólnego, co ja z robieniem kraterów na Księżycu. Pod misternym makijażem kryje się skóra, pod błyszczącym lakierem bardzo często umorusany silnik, a w wyglądającym niczym klejnot koronny telefonie —złośliwy chochlik ze stoperem i nożyczkami przecinający kabelki, kiedy skończy się wyznaczony czas.

Paweł Staszak

Autor: | Opublikowano:

Napisz komentarz

Autor: | Opublikowano: